
Ok, znowu za wcześnie o dzień, ale niestety dorwało mnie gorące natchnienie, tuż po przeczytaniu co najmniej dobrego produktu panów z Bell of the Lost Souls, a mianowicie Badab War, solidny kawałek kampanijnego minidexu, dzięki któremu można rozegrać największą rewoltę Adeptus Astartes, która wystąpiła po Herezji Horusa. Jakość tego darmowego suplementu jest zaskakująco wysoka, chociaż kwestia balansu jednostek już jest obiektem dyskusji, ale nie ma się czemu dziwić. Nawet najwięksi tytani obiektywizmu i opanowania ulegną swoim wewnętrznym życzeniom, by w kodeksie swojego autorstwa umieścić coś, co sami chcieliby widzieć. Analiza Badab War nie jest jednak celem tego tekstu, ba, było by to pozbawione sensu bez uprzedniego rozegrania kampanii. Moim celem jest postawienie diagnozy – dlaczego powstaje coraz więcej minidexów i autorskich suplementów? Ponieważ jestem na świeżo po przyswojeniu trzech sezonów doktora House’a, nie mogę się oprzeć takiej kompozycji tej notki. A więc “differencial diagnosis” czas zacząć!
Pierwsza, najbardziej oczywista myśl jaka się nasuwa, to podejście życzeniowe. Gracz dostaje do ręki kodeks swojej ukochanej armii, nie podoba mu się on, więc – przy nagłym kontakcie z cząsteczką twórczej weny – tworzy własny kodeks, taki, który mu odpowiada. Wszyscy wiemy, że z takiego podejścia w 99,9% przypadków wychodzą masakryczne potworki, albo totalnie pozbawione sensu, albo – co pewniejsze – tak przeginające daną armię, że gdyby ten autorski kodeksik stał się oficjalny, to nikt nie grał by innymi frakcjami… przynajmniej na turniejach. Gdzie leży wina? Co generuje takie podejście do tematu? Cóż, nie chcemy wskazywać winnych palcem, bo potrzebowalibyśmy do tego lusterka – tak jest, to sami gracze budują w sobie frustrację, w końcu wszyscy wiedzą, że lepsze jest wrogiem dobrego. Kiedy zbieramy jakąś armię od wieków, i nagle okazuje się, że nowiutki kodeks nie spełnia naszych wymagań, ale na dodatek wyrywa dziury w naszej pięknej rozpisce, to krew sama się w żyłach gotuje. Dobrym przykładem jest nowy “genericowy” kodeks kosmicznych marines, kosmicznych marines chaosu czy najświeższa nowinka – Imperialna Gwardia. Zniknęły traity, doktryny, podział na legiony różnych mrocznych potęg, wszystko staje się takie proste, rozmemłane, nijakie. I nie mówcie, że to nie prawda, bo w co drugim temacie na dowolnym forum poświęconym tematowi słychać jęki i utyskiwania graczy nad problemem “ułatwiania” gry przez Games Workshop. Widać to w ilości graczy oczekujących na Codex: Chaos Legions. Słowem, GW upraszcza systematykę, gracze się wkurzają i w akcie obrony tworzą własne minidexy takie, jakie powinny być według nich samych.
Oczywiście, taka pierwsza diagnoza na podstawie symptomy tak ogólnego jak pospolity katar nie może być aktualnie w pełni poprawna. Kiedy bowiem przyjrzymy się projektom minidexów, to znaczna większość powstających na “podejściu życzeniowym” nie zostaje nawet ukończona, kończą jedynie na niegodnej liście życzeń autora. Pełnowartościowe kodeksy przeważnie dotyczą tych frakcji, które wydają się zapomniane i opuszczone przez GW! Mamy więc kolejny objaw – gracze, którzy grają armiami niepopularnymi i zapomnianymi w otchłani kosmosu, w porywach bezradności i gniewu tworzą swoje własne listy. Wiecie o kim mówię – Necroni, Mroczni Eldarowie, wszelakie odmiany sił inkwizytorskich czy nawet smutni tyranidzi. Kodeksy do tych właśnie armii nietrudno znaleźć w sieci z tej przyczyny, że jest ich na pęczki, mniejszych, większych, lepszych, gorszych – pełne spektrum. Słowem, gracze zniecierpliwieni tworzą minidexy! Kiedy widzą, jak tacy kosmiczni marines dostają tyle miłości, tyle nowości i wspaniałości, to aż im knykcie bieleją (jak właśnie gracze mrocznymi eldarami! W 2008 mówią im, że ich kodeks pojawi się w 2009! A w 2009 dowiadują się, że Kosmiczne Wilki wypychają ich w pełni zasłużony kodeks na kolejny rok. Może człowieka ogarnąć furia, oj może). Ten sygnał jest dość jasny i całkiem dobrze pokazuje jasną stronę społeczności graczy WH40k, a mianowicie aktywność – nie jest to grupa konsumentów pasywnych, która bezwolnie wchłania każdą papkę, jaką się w nich rzuci, lecz raczej grupa pewnych siebie klientów, którzy wiedzą, czego chcą. Ale niestety, aktualna pozycja GW na rynku figurkowych gier “squad based” (czyt. monopolista) powoduje, iż są całkowicie bezradni, a ich obroną jest wytwarzanie własnych dexów na zasadzie “Mam gdzieś czekanie, gram na tym!”.
A teraz czas na jaśniejszy symptom o którym już kilka słów napisałem – dojrzałość środowiska. WH40k nie jest grą, która powstała wczoraj. Jest to gra, przez którą przewinęły się pokolenia, gra, która stała się życiowym hobby tysięcy miłośników tego uniwersum na całym świecie. Nie ma się co czarować, na pewno wyczytaliście już, że ostatnio nie zabawiam się w WH40k, że sarkam i narzekam na stara babuleńka – co nie zmienia faktu, iż powodem zmiany mojego podejścia jest przede wszystkim działanie Games Workshop. System wciąż mi się podoba, a świat jest jak dla mnie wzorem światów SF. Są jednak fani, dla których WH40k stanowi nie tyle hobby, ile absolutny sens rozrywki – prawie na równi z seksem! Innymi słowy, społeczność graczy jest duża, wiekowa i stateczna, niczym staroangielska matrona. A w takich społecznościach zawsze siedzi grupa ludzi tak kreatywnych, że czysta esencja kreacji wylewa się im uszami – i tutaj łączymy prosta matematyką dwa elementy: miłość do WH40k + niewyobrażalna kreatywność. Tak właśnie powstał Badab War czy Macharius Crusade. Dzięki tej czystej mocy powstał i utrzymuje się Lexicanum. Po prostu gdzieś tam są ludzie, którzy poświęcą dziesiątki, ba, setki godzin swojego życia, by stworzyć coś dodatkowe i na poziomie do swojej ukochanej gry, bo pragną wariacji, czegoś nowego, ale nie chcą przerzucać się na inne systemy. Wybierają trudniejszą drogę – drogę lojalnego gracza i klienta. Tacy ludzie kiedy tworzą mają tendencję to tworzenia rzeczy całkiem zgrzebnych, gdyż nie kieruje nimi motywacja negatywna, jak niecierpliwość czy zwykły gniew, jak w dwóch powyższych przypadkach. Oczywiście wciąż potrzebny jest talent, godziny testów i obiektywizm, ale przynajmniej twórcom z tej kategorii nic nie przysłania wizji.
Jakie jest podsumowanie? Trzy symptomy, dwa z nich oparte na negatywnych emocjach… Jak widać, moja nagonka na działania firmy Games Workshop się nie kończy, eh? Niestety, dominująca pozycja uderza do głowy – wpadka z Battlescapem, przesuwanie odległych kodeksów na rzecz popularniejszych, niekończące się podwyżki cen, wszystko to irytuje i jest swoistym rodzajem “testowaniem Hioba” dla wiernych graczy systemów GW. Minidexy nie są tylko formą radosnej kreacji fanów – no dobra, są, a ja dorabiam teorię, głównie na bazie ich nienaturalnej ilości w ostatnich miesiącach. No przecież pojawiają się jak grzyby po deszczu, więc jednak coś w tym kotle zwanym “społeczność WH40k” się gotuje – gniew, niecierpliwość, czy po prostu zwykłe odreagowanie na “nowe” oficjalne kodeksy które nie spełniły oczekiwań graczy?
Hej ho wesoła kompania! Pamiętacie może jeszcze te odległe czasy (zeszły wtorek), kiedy to założyłem temat na Gloria Victis śmiele zakładając, iż z powodu ataków nudy muszę zrobić jakiś dodatek, suplemencik, cokolwiek do Warhammera 40k? Nie? No, to już się przypominam! Mój personalny kajecik zwany wdzięcznie bzduropisem pełen już jest konceptów wszelakich na misje i ich fabularne tła. Uznałem jednak, iż
Najnowsze komentarze