28
Wrz
09

Wieszczby wróżki Sabriny…

W ciemnym a mrocznym namiocie, gdzie zapach wygotowanej kapusty unosi się lekką mgiełką (całkiem magicznie, gdyż nie da się w środku stwierdzić istnienia kapusty czy też miejsca, na którym można było by ją gotować – był to ezoteryczny zapach kapusty, jaki tradycyjnie unosi się w każdym miejscu, w którym wróży się i przepowiada przyszłość. Najnowsze teorie stwierdzają, że to gmeranie w osnowie rzeczywistości generuje ten rodzaj zapachu) a dywany są koloru ogólnie brązowego, żyje sobie starowinka imieniem Sabrina De Fiddlebottom, znana wróżbiarka, wszystkowiedzarka, jasnościemniarka! Gdy z niejakim lękiem zasiadłem przy jej okrągłym stoliczku pokrytym odrażającym perkalem w kolorze, który mniej więcej nazywam zużytym, zadałem pytanie o przyszłość gier figurkowych. Spojrzała na mnei spode łba, ale cóż, nie jej decydować na jakie głupoty klient wydaje gotowiznę, prawda? Zajrzała w swą szklaną kulę, pojęczała, pomarszyła się i rzekła…

Że nie gram w gry figurkowe zbyt długo. Że co ja, mały chwaścik  mogę wiedzieć na ten temat. Że przecież w sieci krążą rekiny (czy też manaty, jeżeli są wegetarianami), które bawiły się figurkami od prawieków, i to oni powinny pisać ten tekst. Oni, którzy widzieli jak ewoluują systemy przez dekady. Nie mam zamiaru nic ujmować tym weteranom, ich wiedza i doświadczenie jest godna podziwu. Jednak większość weteranów których poznałem miało jeden poważny problem, który w mych nieskromnych oczach wykluczał ich z możliwości skrojenia jakiegokolwiek „gdybacza” (tekstu o gdybaniu – przyp. autor) o systemach figurkowych. Byli Wierni przez duże W. Chodzi o to, że tacy goście przeważnie mają wybrany jeden system, i w tym systemie siedzą zakorzenieni – a ich korzenie są grubaśne i sięgają głęboko. Przykład mojego kumpla z dawnej pracy – gra w Warhammera 40k od jego powstania i potrafi godzinami opowiadać o tym, jak to wszystko wyglądało millenia temu. Jakiś czas temu pokazałem mu figurki i zasady do Warmachine i Infinity – był zszokowany, że takie gry istnieją! Dla niego jedyna gra figurkowa to Warhammer, a w międzyczasie udało mu się być ślepym i głuchym na wszystkie inne gry figurkowe, jakie się przewinęły (teraz jest szczęśliwym graczem w Infinity z ogromną armią Ariadny!). Słowem, weterani są – zaznaczam – przeważnie jednokierunkowi i Wierni Do Przesady Jednemu Słusznemu Systemowi, w który grają od dawien dawna. Doceniam ich potęgę w zakresie danego systemu, ale jeżeli chodzi o przekrojowość, to co oni wiedzą?

I ponownie, wiem jakie to lameriadowskie, tak ciągle zaznaczać „że to” czy „że tamto”, ale cóż, wolę wszystko naprostować  przed rozpoczęciem – sam nie uważam się za weterana jakiegokolwiek systemu. Za to uważam się za człowieka otwartego na wszystkie gry figurkowe, zawsze chętnie spróbuję coś nowego i pozwolę się oczarować, jeżeli gra oferuje jakieś czadowe rozwiązanie czy interesującą  mechanikę albo też wyborny klimat. Dzięki temu wpadłem w sidła Flames of War, Infinity, Warmachine, Hordes a teraz powoli napalam się na Malifaux (dzięki Dąbi!) i od jakiegoś już czasu obserwuję Alkemy. Niektóre z nich to totalne nowości, które w polskiej społeczności graczy nie mają jeszcze oficjalnego stanowiska. Inne wstrząsnęły sceną niedawno, jak chociażby Infinity, które pomimo tego że istnieje już  kilka lat, dopiero niedawno eksplodowało i porwało za sobą rzesze nowych, wiernych wyznawców, co mnie osobiście nie dziwi ani odrobinę. Warmachine i Hordy mają znowu w kraju stałą ekipę, która – choć solidna – raczej się nie rozrasta. Wszystko to się może jednak ruszyć wraz z oficjalnym wydaniem nowych zasad, w powiewie świeżego powietrza do tej gry, na co liczę! Malifaux to finkiel nówka, jednak bez odpowiedniej promocji nie zdobędzie popularności, podobnież jak Alkemy, Dark Age, Urban War, Pulp City i masa innych gier skirmishowym.

Ale to właśnie im wróżę największa przyszłość. Boom na Infinity nie pochodzi znikąd, nie wziął się z powietrza ani z modłów wydawcy. Gry Skirmishowe będa przyciągać coraz to więcej graczy, gdyż  są po prostu wygodniejsze w obyciu, i to pod każdym względem, niż gry wojenne bazowane na oddziałach. Zasady takiego obrotu sprawy są proste – gry skirmishowe pozwalają graczowi na brak dedykacji. Co to oznacza? Nie musimy wydawać całych naszych funduszy przeznaczonych na rozrywkę na jeden system. Nie musimy mieć  wolnego wieczoru, by rozegrać jedną, dwie gry. Jeden wieczór starczy na kilka partyjek! Nie potrzebujemy mieć dużej ilości wolnej gotówki, by sensownie pograć. Co oznacza również, że nie będziemy mieli łez w oczach, kiedy przyjdzie nam porzucić system czy też przenieść się na inny, aktualnie bardziej popularny. Dokładniej? Ok.

Gry Skirmishowe są tanie. Oho, już widzę te komentarze, że kupka, wcale nie, modele  są  drogie w cholerę, i podany przykład Warmachine. Fakt, modele są drogie, ale po pierwsze – są  z metalu. Po drugie – musimy ich mieć mniej, znacznie, znacznie mniej. Weźmy przykład najpopularniejszej gry typu squad-based, Warhammera 40k. Wiem, że niektórzy z was moi drodzy czytelnicy już się żachneli, że chodzi mi znowu o wieszaniu psów na starej poczciwej czterdziestce, otóż nie – uwielbiam ten świat, kocham go straszliwie i raczej nigdy nie zrezygnuję z tego plastikowego narkotyku. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, ta zabawa łoi nas po kieszeniach, że klękajcie i łkajcie narody. Jak ostatnio liczyli na Bell of the Lost Souls, armia zbudowana do gry na 1500-2000 punktów z kodeksem, to wydatek rzędu od 500 do 900 dolarów. To jest gruby bilon, ba, to praktycznie cała lub nawet dwie pensje „szarego Polaka”! Dla takiego człeka pozbieranie sensownej armii trwać będzie lekką ręką pół roku, jak nie więcej. Tyle czasu poświęcone tylko po to, by aktualnie pozbierać siłę wystarczającą do normalnej gry. Troszkę smutne, prawda? A w tym czasie, wezmę przykład Infinity, gdzie armia na 300 punktów (najwyższy sensowny próg punktowy) będzie cię kosztować maksymalnie 300 – 400 zł – tyle można odłożyć w dwa miesiące ze średniej pensji. Troszkę to szybciej idzie, nieprawdaż?

Gry Skirmishowe są szybsze. Huh,  czyż to nie jest truistyczny argument? Małe punkty, mała ilość figurek, szybsza rozgrywka. Godzinka maksimum, i mamy po grze, co pozwala nam cieszyć się zabawą nawet przy małych zasobach czasowych. Ale kiedy mówię o szybkości, nie mam na myśli tylko czasu gry. Mniejsza ilość modeli pozwala się lepiej na każdym z nich skupić – mechaniki gier skirmishowych dążą do maksymalizacji dynamizmu rozgrywki, który jest zwyczajnie nieosiągalny w grach składowych, własnie dlatego, że opierają się na działaniach oddziałów, które są mówiąc okrężnie, nieporęczne w manewrowaniu (ktokolwiek grał z hordą orków i czekał na koniec ich fazy ruchu? xD). I ponownie, przykład wzięty z Infinity – znamy system ARO? Reakcji na poczynania przeciwnika? Ta mechanika wyjątkowo dynamizuję całą rozgrywkę, wszyscy gracze są non stop zaangażowaniu w aktualną grę, nikt nie staje się obserwatorem na czas poczynań przeciwnika. System ten nie mógłby nigdy pojawić się w systemach składowych, bo zwyczajnie straszliwie przedłużyłby czas gry, na dodatek byłby piekielnie ciężki do wyważenia przy czystej ilości rzucanych kości.

Gry Skirmishowe są odkrywcze. No, to jest najtrudniejszy do wybronienia argument, ale też najłatwiejszy do zaprezentowania. W grach skirmishowych nie ma monopolisty, nie ma dominanta, który spokojnie dzierży tron i z lekkim rozbawieniem spogląda na inne gry i ich próby rozwoju. To jeden z uroków tych gier, przynajmniej dla mnie – niewielki koszt spróbowania systemu powoduje, że gracze są wybredni i mają tendencję do testowania różnych ofert przed wyborem tej dla siebie, niczym wytrawni klienci. Mnogość systemów skirmishowych daje nam prawdziwie szwedzki stół pod względem wielorakich mechanik, są, można by rzec, onym wiodącym ostrzem postępu w mechanikach figurkowych. To dzięki tym systemom poznajemy, że istnieje naprawę wiele rozwiązań różnych aspektów gry – naturalnie, różnie to wychodzi, raz gniot, a raz perełka, nic nie jest idealne. Ale to właśnie w grach skirmishowych użyto poraz pierwszy systemu naprzemiennej aktywacji, aktywnej reakcji w turze przeciwnika, zależność modeli od dowódcy czy systemy bezkostkowego rozstrzygania testów (nowinka z gry Malifaux, w której wszystko jest rozgrywane za pomocą kart). Pośród tak licznych podejść do tematu gier figurkowych każdy powinien znaleźć mechanikę, która go zachwyci i przypadnie do gustu. Oczywiście nie jest to twierdzenie, że w grach składowych nie można odkryć czegoś nowego – tyle, że budowanie gry składowej to proces dużo bardziej złożony i długotrwały, niż eksperymenty na systemie skirmishowym, który wymaga mniejszych nakładów. Na dodatek, trudno „spróbować” gry składowej, która praktycznie wymaga od graczy posiadania dużej (a więc i drogiej) armii, do pełnego rozkoszowania się grą.

Gry Skirmishowe są łatwiejsze w malowaniu. Ha, oczywiście nie pod względem technicznym, metalowe figurki się trudniej maluje od plastikowych, są bogatsze w detale, obijają się łatwo itd, itp! Ale jest ich mniej, znacznie mniej – aktualnie, kontynuując na powyższych przykładach, mam 11 figurek do Infinity, i jest to siła na ponad 300 punktów. Armia składająca się z 1500 punktów to lekką ręką ze 50 modeli,  licząc armie bardziej elitarne. Dla takich orków, na przykład, to nie będzie nawet połowa liczebności. Mając 10 figurek mogę  każdej z nich poświęcić więcej czasu, by uzyskać efekt, który mnie zadowoli, a i tak skończę szybciej malować moją formację niż ktoś malujący swoją armię do WFB/WH40k na poziomie podstawowym. A jeżeli ów ktoś chciałby, by jego armia prezentowała się na stole jak najgodniej, to będzie musiał uzbroić się w prawdziwy pancerz cnoty zwanej cierpliwością, bo proces malowania tego wszystkiego będzie trwał, oj będzie. Oczywiście niektórzy nie lubią w ogóle malować i dla nich ten argument jest zupełnie pozbawiony walorów, ale prawdę mówiąc, któż nie chiałby walczyć w pełni pomalowaną formacją  z wrogiem, którego figurki również są pomalowane? Jak dla mnie, jest to czysta rozkosz!

Gry Skirmishowe nie ograniczają. To jest już totalnie bzdurny argument, ale wygrzebałem go dlatego, że dotyczy on mojej osoby. Jak już wspominałem, duże systemu składowe wymagają od hobbysty pełnej atencji, i nikt nie wmówi mi, że tak nie jest. Duża liczba modeli to sporo obowiązków hobbystycznych – malowanie ich, sklejanie no i naturalnie zakup, czy też jak kto woli kolekcjonowanie armii. To wszystko są procesy długoterminowe, jeżeli dotyczą gry bazującej na składach. Po prostu, bo wymagają wszystkiego więcej! Za pieniądze jakie musiałbym zainwestować w pełną armię do takiej gry, mógłbym spokojnie pozbierać solidne formacje do 2-3 gier skirmishowych, mając w zanadrzu więcej niż jedną grę, co w sumie daje mi całkiem bogate grono przeciwników. Chcę pograć w Infinity? Pędzę do Graala lub Wargamera, by tam sobie pociupać.  Mam ochotę na Warmachine? W podskokach pędze do Cytadeli, by tam powalczyć  parowymi mechami. Owszem, każdy z tych systemów ma mniej graczy niż nienaruszalny monolit jakim jest Warhammer, ale jeżeli dodamy do siebie społeczności nie jednego, a kilku systemów skirmishowych, to nie powinniśmy narzekać na braki w przeciwnikach. Zwyczajnie, grając w skirmisze mam większy wybór… gier!

No i ślicznie rozpisałem się o tym, co sam sądzę o wyższości gier skirmishowych nad systemami składowymi. Jest jednak duże ale. Żaden z powyższych argumentów nie przekona kogoś, kto po prostu nie lubi walczyć na małą skalę. Wiem, że są gracze, którzy muszą widzieć  tę armię, muszą czuć, że to nie jest jakaś drużyna komandosów, lecz regularna formacja bojowa! Sam potrafię docenić ten majestat ogromnej armii na polu bitwy, no bo czyż nie jest pięknym widokiem trzy Leman Russy, kilka Chimer, wsparcie artyleryjskie i Vendetta na jednym stole? Bo czyż łza się w oku nie kręci na widok kompanii T34/85 wspomaganych przez hordy sowieckiej piechoty i artylerii samobieżnej? Tego czaru nie odda żaden system skirmishowy, bo to nie jego działka. Dlatego uderzam się w pierść i mea maxima culpa! Nie można porównywać systemów skirmishowych do systemów składowych, to po prostu dwie zupełnie inne broszki. Odmienne mechaniki muszą  rządzić ich zasadami, bo to, co będzie działać dla  kilku modeli nie będzie działać dla kilkudziesięciu – i na odwrót. Jest jedak jedna rzecz, która jest absolutnie straszna w kategorii gier składowych, która powoduje, że Pewna Firma (GW – przyp. autor) bawi się ze swoimi biednymi fanami, z którymi łączę się w bólu.

Brak konkurencji.

No cóż, ci, co mieli na uczelniach wykłady z ekonomii mniej więcej wiedzą, jak straszliwy dla konsumenta jest brak konkurencji – monopolista z obleśnym uśmiechem na ustach rozpycha się jak tylko może, odpala sobie grubaśne cygaro i liczy zyski z absolutną pewnością kogoś kto wie, że klienci nie mają żadnej alternatywy. Dlatego też wróżka przepowiedziała, że GW będzie się trzymać dobrze, mocno i prężnie przez jeszcze długi, długi czas, za nic sobie mając jęczenie fanów. Fani nie są dla GW żadnym klientem. Fani nie grają w jego wielkich finansowych planach żadnej roli. Dlatego też nie ujrzą oni prędko nowej edycji Mrocznych Eldarów (gracze, do których żywie nabożny szacunek – tylko prawdziwy hardkorowiec i superlojalista wytrzymałby z firmą, która od dekady olewa jego frakcję, w ich systemie!). To smutne, ale co począć? W segmencie gier składowych SF nie ma poza Warhammerem absolutnie niczego.  Nie mam ochoty pisać, że Warhammer jest zły, bo kwas kłamstwa przeżarłby mi język, skoro sam z entuzjazmem bawię się w tę grę. Czadowy, oryginalny, unikalny i diablo rozbudowany świat to jednak jest perełka, mechanika – choć nastręcza  zawsze wiele nieścisłości – doskonale  współgra z systemem składów i gwarantuje płynną rozgrywkę, a  to przecież najważniejsze. No i balans poszczególnych frakcji nie jest taki zły (niestety, balans poszczególnych jednostek leży i kwiczy, błagając o natychmiastowe dobicie). Jednak wydawnicza polityka korporacji, zlewka na fanów, brak wsparcia… nie mogę na nie przymknąć oko i cieszyć michę, że wszystko jest bosko, bo nie jest.  Póki co, jeżeli ktoś pragnie alternatywy od systemów GW, a wciąż chciałby, by systemy były SF/Fantasy, to ma do wyboru tylko gry skirmishowe (no i AT-43, ale to zupełnie inna historia, gdyż  gra… no nie odniosła spektakularnego sukcesu, tyle rzeknę. I na dodatek, jest pre-painted, czyli wchodzi w inną kategorię gier figurkowych. Jak cholerny HeroClix!). Marzy mi się, by w niedalekiej przyszłości pojawiła sie poważna konkurencja, taka, która wymusiła by na GW ostrożniejsze pogrywanie sobie z fanami, taka, która mogła by zagrozić ich pozycji samca alpha w tym sektorze rynku. Niestety, na najbliższą przyszłość nic takiego się nie zapowiedziało. Za to na dalszą… odrobinę wiary pokładam w firmę Corvus Belli. Panowie pokazali, że potrafią  stworzyć  świetny system skirmishowy i bić na nim niezłą kasę. W ich sondażu, w którym pytają się  ludzi, jaki inny produkt wydany przez nich chcieliby ujrzeć zdecydowaną przewagą wygrał właśnie system składowy w skali 28mm w świecie Infinity! Możliwe, że się za to wezmą. Mam taką nadzieję, w każdym razie, a ta zawsze umiera ostatnia!

Co do systemów skirmishowych, ich przyszłość widzę w jasnych barwach – nagła eksplozja popularności Infinity nie jest przypadkiem, to oczywiste. Gracze, przy tak solidnym natłoku nowych systemów, stają się wybredniejsi. A że mają w czym przebierać, a i systemy te nie obciążają kieszeni… słowem, coraz więcej systemów, coraz więcej graczy w nie grający i promujący poprzez grę. Widać  tutaj również zmęczenie materiału tych starsych wyjadaczy, wiernych fanów produktów GW, którzy nie mają oporów przed grami skirmishowymi – nagle, jak mój kumpel, dostrzegli, że nowe systemy mają potencjał i świeżość, której troszkę już brak staremu, dobremu Warhamcowi. Infinity roście jak grzyb po deszczu, dowodem na to jest chociażby, by daleko nie szukać, ten blog, gdzie kolejni „nowo nawróceni” deklarują swój zapał do tejże gry. Nowa edycja Warmachine dała zdrowego kopniaka ospałej społeczności fanboyów tegoż systemu, wybudzając ich z letargu. Coraz większy dostęp do figurek alternatywnych systemów napędza coraz większą liczbę graczy, którzy są skłonni zaryzykować kilak złotych, by dać szansę czemuś nowemu (na Mgle można zakupić figrki do Helldorado, Malifaux’a czy Urban War). Ujmując to razem do kupy, cały sektor skirmishowy rozwija się nagle niczym kwiat lotosu, że pozwolę sobie na użycie tak niewybrednej metafory.

No i wyszedł kloc. Najdłuższy tekst jaki kiedykolwiek napisałem na tego bloga, prawdziwe nocne natchnienie. Jaki był sens? Prezentacja walorów systemów skirmishowych, połączenie się w bólu z graczami Mrocznych Eldarów, wytknięcie, iż wszelki brak konkurencji szkodzi klientom, okazanie radości wynikającej z rozwoju gier skirmishowych i świadomości społeczności graczy. Sporo rzeczy. Hasło końcowe i rada dla każdego, kto dotrwał do końca: Nie bądź betonem! Nie trzymaj się twardo Jednego Słusznego Systemu, jeżeli o jakimkolwiek tak sądzisz! Daj szansę innym systemom, i to nie z nastawieniem, że muszą być gorsze, tylko z otwartym duchem i uśmiechem na ustach. A ja pomodlę się za was, by osoba, która będzie was wprowadzać w arkana nowej gry, nie okazała się dupkiem!

Dziękuję za uwagę.

Reklamy

6 Responses to “Wieszczby wróżki Sabriny…”


  1. 1 Dabi
    09/28/2009 o 15:48

    No no … zaiście spory elaborat !

    Bardzo fajny artykuł i dużo mądrych stwierdzeń pod którymi się podpiszę :)

    Z niektórymi się nie zgodzę ale to już tak musi być ;)

    Betonu skrajnego nigdy nie zrozumiem. Po co jęczeć i narzekać na czym świat stoi na grę jednocześnie kupując kolejne armie do tejże gry, podczas gdy za cenę jednego oddziału można pograć w coś innego. A i wtedy może doceni się też lepiej zalety tej pierwszej gry. I mniej będzie człowiek narzekał.

    A co do MalifauXa to sam jestem ciekaw bardzo tego systemu

  2. 09/28/2009 o 21:42

    Widzę, że muszę krótsze te wpisy robić XD

  3. 4 Husqvarna
    09/29/2009 o 09:32

    fajny artykuł, dobrze się czytał, ale muszę to powiedzieć: Reakcje w systemie oddziałowym SĄ !! HAHA!! Mówię oczywiście o systemie na wskroś amerykańskim, czyli Starship Troopers ( nie zdobył popularności w Polszy i dobrze wg mnie ). Tam reagowało się oddziałem na drugi oddział, który dział z przeciwka. Nawet to działało, tylko żeby grać w to dobrze, trzeba by stołów takich ze 3 m krawędzi.

    Pozdrawiam :)

    • 5 Dabi
      09/29/2009 o 18:04

      Fakt można było tak w „Żukach z kosmosu” jeśli coś się poruszyło w 10 calach.

      Swoją drogą w ramach ciekawostki to był jedyny system gdzie można było strzelać z dupy i to całkiem skutecznie ;)

      Zamysł mieli może i dobry – wykonanie tragiczne

  4. 6 Pok
    09/29/2009 o 12:39

    SST było na wskroś brytyjskie, jak jego wydawca i autor:P
    Zresztą gier oddziałowych jest sporo, tylko żadna się nie przebiła do świadomości graczy jak 40k.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


Ćwierkanie!

  • Czemu nie było wczoraj wpisu? Bo pracuję nad czymś ekstra fajnym ;) No, i na weekend wyjezdzam do rodziny! 7 years ago
  • @nudge0nudge Only six tweets so far? Come on! You Can Do Better! I have faith In You! xD 7 years ago
  • Przeprowadzka zakończona spektakularnym sukcesem! Tesco 24h około trzysta kroków od wyjścia? Rozkosz! 7 years ago
Wrzesień 2009
Pon W Śr C Pt S N
« Sier   Paźdź »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

Staty:

  • 66,225 Wejścia

%d blogerów lubi to: