Posts Tagged ‘wh40k

05
Lu
10

Choroba, comiesięcznie narzekanie na GW!

Choroba, a dokładnie bakteryjne zapalenie płuc powiększone w zestawie o zapalenie zatok. Cirrus, Suprenim, Herbapox, Klacid, Bioparox, Mucosolvan… oto moja dzienna dawka leków; połykam je, wdycham, wypijam, zagryzam a nawet uśmiechnięta pielęgniarka wstrzykuje mi jeden z nich w dupkę, regularnie! Tak, oto moje wyjaśnienie nieobecności w internecie przez dłuższy czas – można by pomyśleć, że chorowanie wręcz wspomaga siedzenie przy necie, gdyż nic innego nie ma do roboty. To prawda – pod warunkiem, że chorujący ma dość sił, by utrzymać klawiaturę, a zapalenie płuc to jednak jest cięższy kaliber w kategorii chorób, i rozłożył mnie na strzępy przestrzeliwując się przez mą miałką obronę! Dopiero dziś obowiązek i odrobina siły zmusiły mnie do sklecenia czegoś literacko strawnego.

Ale nie dla każdego! Tradycją tego bloga jest narzekanie na Games Workshop – cóż, jest to jedna z wolności oferowanych przez blogi, a mianowicie fakt, żę są całkowicie subiektywne w swej naturze. GW nie lubię, i ono nie lubi mnie. Was też nie. Fanów bowiem nie lubi najbardziej, hyhy! Tym razem jednak będzie nieco rzetelniej, bo nawet Genialny Wydawca potrafi czasem zrobić coś dobrze, co zawsze miło zaskakuje – dlatego dzisiejszy wpis jest moją opinią na temat różnych nowości/starości od GW z ostatniego okresu! A zaczniemy od czegoś, co spowodowało moje bolesne spazmy śmiechu:

Na pewno już to widzieliście, bo z pewnością przeglądacie Bell of the Lost Souls – jak dla mnie, film jest idealny. Wygląda na to, że stare dobre GW nie zawodzi, i dało piękny kawałek do dyskutowania, kłócenia się i wszczynania świętych wojen na forach całego świata! Osoby piszące klaryfikacje i sprostowania na pewno nie mogą się doczekać, by wziąć się za rozgryzienie Zagłady Malantaia, hi hi hi! Zainteresowany sytuacją poczytałem troszkę tematy dotyczące „przegiętości” nowych Tyranidów na forach (Warseer, Dakka-Dakka) i jakiż radosny obraz się pojawił – plan marketingowy GW nie uległ zmianie, i wydawanie coraz to potężniejszych kodeksów rozkwita w najlepszych stylu. Co najlepsze, znając politykę tej firmy nawet jeżeli w przeciągu następnej dekady pojawi się FAQ do Tyranidów, to na 100% nie będzie zawierał tych jakże kluczowych klaryfikacji. Z punktu widzenia kogoś, kto porzucił aspekt „gry” w tych systemach jest to nawet całkiem zabawne.

No, ale Tyranidzi jako nowość są już melodią przeszłości. Teraz gracze zacierają rączki na nowych zwierzoludzi, którzy wychyną z lasów całego starego świata, by palić, gwałcić i ogólnie mieć radochę. Och, ale czy na pewno? Na pewno nie, jak się okazuje – gracze Bestiami z całego globu są raczej zawiedzeni i utyskujący na „nowinki” wprowadzone do ich ukochanej rasy. Brak bogów chaosu? No ok, można zrozumieć, armia bardziej „bestiowata” niż chaośnicka. Brak Ogrów, Trolli, Smoczych Ogrów i Szaggothów? Masakra i straszliwy cios w plecy – armia straciła praktycznie połowę jednostek na korzyść kilku nowych wpisów, które nie mają nawet nowych modeli i które pewnikiem nie pojawią się przez rok czy dwa! Paskudny cios, szczególnie dla tych, którzy w swych armiach posiadali sporo tych bestii – a teraz muszą je odrzucić i, tak, dokupić więcej plastikowego szitu GW!

Dosłownie Szitu, bo jakość nowych plastików do Bestii jest porażająco niska jak na standardy GW – na dodatek same modele nie prezentują się jakoś nadzwyczaj godnie z drobnymi wyjątkami. Gory i Ungory nie zmieniły się wiele – trzymają poziom swoich poprzednich wcieleń z nieco większą modularnością i odrobinę bogatszymi detalami. Nie porażają jednak, a teraz chodzą w pudełkach po dziesięciu, co wraz ze zmianami w zasadach ich wystawiania (teraz chodzą jako normalne, oddzielne regimenty) powoduje, że znowu trzeba dokupić kilka pudełek do uzupełnienia armii – a jeżeli ktoś chce budować armię Bestii od podstaw, to niech lepiej wygra w Lotka. Wszystko to jednak jest małe piwo w porównaniu z tym:

Oto i legendarne Boobietaury! Tak, taki pseudonim już krąży po sieci wraz  z innymi wyzwiskami – nowe „Minotaury” wyglądają po prostu tragicznie i aktualnie walczą o nagrodę najbrzydszych modeli GW w przeciągu ostatniej dekady. Wyglądają jak byłe mistrzynie Niemiec wschodnich we wrestlingu kobiecym. Ktoś, kto rzeźbił te kupy plastiku nie miał zielonego pojęcia, kiedy skończyć malować mięśnie, by nie wyglądali jak nabuzowani sterydami popaprańcy. A do tego te pyski… jeżeli przypominają wam one pysk byka, to gratuluję bardzo dobrze rozwiniętej wyobraźni, bo dla mnie to wygląda jak morda wściekłego konia z kłami. No bez dalszego znęcania, boobietaury są okropecznie okropne, ale nie kończą zabawy, bo przecież należało wydać jeszcze pana Razorgora!

Widzicie to? Oko rasowego mordercy, nie ma co. Nie mogę nawet wyrazić jak bardzo nie podoba mi się ten model, przypominający bardziej żywą szczotkę ryżową niż niebezpieczną bestię.  Wygląda tak karykaturalnie, że aż nie do uwierzenia, że powstał w stajni Games Workshop! Najgorsze jest jednak to, że przecież panowie potrafią jak zechcą, ba, potrafią nawet przy tworzeniu tej samej armii! Nowe Bestigory wyglądają fantastycznie, świeżo i smakowicie – opancerzeni, rogaci, groźni, po prostu elitarny zwierzołak jakiego można sobie wymarzyć. Wiele graczy Demonów zadeklarowało chęć wystawiania ich jako Bloodletterów, i im się nie dziwie, bo są naprawdę godni. Sytuacja robi się jeszcze śmieszniejsza, kiedy dorzucimy do tego wszystkiego nowego Doombulla – który choć nie jest szczytem marzeń, jest naprawdę kawałkiem porządnej rzeźby, a przecież też jest minotaurem! Jak więc jednej firmie udaje się stworzyć dobrego minotaura i żałosnych minotaurów w jednym wydaniu? Tylko magiczne GW tak potrafi, nie ma co.

Do opisów kodeksu i zmian w zasadach Bestii przejdziemy w innym poście – nie będę wam pisał, że już czytałem, ale napiszę, że zmiany są całkiem niezgorsze, choć brak wielu jednostek jest boleśnie odczuwalny. A skoro już jesteśmy przy czytaniu, nie mogę nie skomentować nowego, lutowego numeru White Dwarfa. Który jest wspaniały. Który jest beznadziejny. Obie sentencje są prawdziwe. I ponownie, tylko od GW możemy dostać sprzeczność w jednym produkcie. Nowy numer czytałem z dwoma fazami emocjonalnymi – absolutną niechęcią i smutkiem oraz z wypiekami na twarzy i radością. Widzicie, połowa numery traktuje o nowych Bestiach naturalnie, i jest tak przelukrowana i kłamliwie propagująca, że aż mi żal tyłek ścisnął. Goście potrafią wprost napisać, że nowe Minotaury są po prostu „super-awesome” – że też czcionka nie rozpuściła się od kłamstwa tak wielkiego! Że też papier nie spłonął, zamiast dać się skalać i zbrukać tymi słowami!

Z drugiej strony, jeżeli pominiemy cały ten bling dookoła nowych (cudownych, fantastycznych i super-awesome) produktów GW, to ów numer White Dwarfa oferuje całkiem sporo cudownych artykułów, w tym przede wszystkim bardzo obszerny poradnik malarski w którym opisują techniki blendingu (nareszcie!), krawędziowego rozjaśniania, malowania twarzy na zaawansowanym poziomie na większych modelach oraz malowanie krystalicznych, szklanych i odbijających powierzchni. Ogrom tego jest, i wszystkie tutoriale są wysoce pomocne i inspirujące. Jakby ktoś bo ich przeczytaniu wciąż nie czuł jednak iskry do malowania, to mamy również obfitą galerię cudownych prac który wygrały ostatniego Złotego Demona – jak ktoś śledzi CMON to i tak je już widział ale powiedzmy sobie szczerze, na takie prace nigdy nie można popatrzeć o raz za dużo. Jeżeli więc jesteś głównie malarzem figurek, jest to numer praktycznie przeznaczony dla ciebie, możesz mi wierzyć. Obok tego mamy również bardzo dobrego Standard Bearera traktującego tym razem o konwertowaniu figurek oraz bardzo solidny artykuł o plusach i minusach armii zbalansowanych do WFB. Słowem, trochę dodatkowego dobra się znajdzie, nawet jeżeli malowanie nie jest twoim konikiem ;)

Uff, więcej nie mogę, bo zaczynam kasłać. Idę się kurować dalej. Sajonara!

02
Gru
09

Stalin rzekł i miał rację!

Dzisiaj, ku absolutnemu zaskoczeniu wszystkich czytelników, będe wychwalał Warhammera 40k. To nie jest sarkazm, ironia czy dzień na opak.  Warhammer 40k ma swoje dobre strony, pomimo wielu wad – jak wszystko, jak wszystko moi mili! Dziś rozważyć chciałem oczywistą  oczywistość,  a niech uwerturą do mych rozważać będzie zdanie wypowiedziane przez jednego z najokrutniejszych i najpotężniejszych ludzi XX wieku, Józefa Stalina – Quantity have Quality on its own. W skrócie, dla angielsko niepiśmiennych – ilość popycha jakość od tyłu kiedy chce i jak chce. Jest to oczywiście prawda z którą ciężko się kłócić, a w grach wojennych jest to wręcz Pierwsze Prawo Funkcjonowania Motoryki Gry. I na dodatek jest to powód, dla którego gry wymagające ogromnej ilości rzutów są lepsze od gier skirmishowych!

Tak tak, są lepsze, a to dlatego, że im większa ilość testów, tym bardziej można polegać na statystyce. W małych grach czyli po prostu w systemach skirmishowych wykonuję tak z pół setki rzutów na grę, albo i tyle nie – oznacza to, że wszelkie próby ujmowania rozgrywki w statystyki są pozbawione sensu. Mała skala rozgrywki oznacza również większy wpływ losu na jej prowadzenie. Kiedy „z dupy” zginie mi jeden model z dziesięciu odczuwam to dużo bardziej, niż gdybym stracił „z dupy” jeden model ze stu. Ach, „śmierć  z dupy” oznacza nie mniej nie więcej jak śmierć wywołaną nędznym rzutem.  I tak oto niezdany test pancerze w Warhammerze boli nas znacznie mniej niż niezdany test pancerza w takim na przykład Infinity. Sprawa ta dotyczy całego funkcjonowania gry, w każdym jej aspekcie, gdyż wszystkie testy w systemach są prowadzone poprzez rzut kostką. Przykład: Deep Strike Obliteratora – nie udało się, wpadł  w  krzaczory, rzuciłem jedynkę, oddział zniknął. Oczywiście jest żal, jest strata punktów ale  wiecie, cała moja armia (50+ modeli) wciąż jest na stole, więc jeszcze kurna nie przegrałem! Przykład porównawczy: Rasyat spada z niebios używając Combat Jump’a – nie zdał PH i spadł na lini ostrzału połowy armii mojego wroga, dzięki czemu zginął marnie od ARO. Straciłem 40 punktów (co w grze na 200 punktów stanowi 1/5 moich sił!).

Oczywiście odczuwalność strat to tylko jeden przykład wyższości systemów składowych nad skirmishami – wyższość  ta oczywiście jest  w dużym stopniu negowana przez większą  złożoność i wpływ detalu na rozgrywkę w małej skali,  ale tak czy siak jeden pechowy rzut może nas w skirmishu drogo kosztować! W systemach składowych sprawa ma się dość podobnie tylko wtedy, kiedy gramy armią elitarną, opartą o drogie acz doborowe składy – w takim wypadku pojedyncze rzutu również  mogą być bolesne, ale i tak znacznie mniej niż w systemach, gdzie walczy się dziesięcioma modelami albo i mniej. Oczywiście kiedy Stalin wypowiadał swoją kwestię chodziło mu o co innego, i zaraz do tego przejdziemy!

Ogólna różnica w ilości rzutów kością całkowicie zmienia podejście do kalkulowania rozgrywki.  W Warhammerze 40k możemy naprawdę polegać na statystyce. Kiedy zaatakuję terminatorów 20 orkami, to wygarniam 80 ataków, 40 powinno trafić, 20 zranić i w wyniku tej zabawy około 4 termosów powinno zejść. Naturalnie, statystyka to wredna sucza i potrafi naginać wyniki w jedną a to w drugą stronę, ale mimo wszystko przy takiej ilości testów wahania raczej nie mają tendencji to robienia dużych odstępstw od wstępnych kalkulacji. Słowem, grając w WH40k mogę spokojnie podejmować  decyzję  taktyczne według prostych, szybkich i całkiem prawdopodobnych przeliczeń. Było nie było jedna szarża orkami zmusza mnie do większej ilości rzutów niż wykonałbym w całej rozgrywce w systemie małej skali!

Kontynuując przykład, w Infinity kalkulacja rozgrywki przebiegać  będzie na podstawie określenia stopnia ryzyka. Nie rzucam tutaj dostateczną ilością  kostek by móc polegać na statystyce, muszę więc bardziej polegać na różnicy stopnia ryzyka naszych testów – w teorii jest to po prostu „statystyka mikro” – kiedy mam BS:13 i strzelam do gościa w osłonie mając +3 do trafienia, to mam 65% szans na trafienie.  Strzelam trzy razy, więc trzykrotnie mam 65% szans na trafienie, co w wyniku daje mi niezły próg ryzyka i praktycznie upewnia mnie, że tak z raz powinienem trafić na pewno. Przeciwnik w ARO ma jedną próbę, ma BS:11, nie ma bonusów do strzelania a ja również stoję w osłonie, tak więc ma on zaledwie 40% szans na trafienie mnie, i to tylko raz. Doliczając do tego to, że mój próg trafienia jest większy uznam, iż mogę podjąć to ryzyko i wykonać akcję. W przeciwieństwie jednak do Warhammera tutaj staram się zarządzać ryzykiem, a nie obracać  statystyką – rzut 3 kośćmi nadal może wyrzucić  trzy nędzne rzuty i wciąż mieć  gdzieś  statystykę

Jak widzimy, Warhammer 40k tak naprawdę pozwala na lepszą ocenę sytuacji na polu bitwy – mniej więcej wiemy czego możemy się spodziewać po naszych jednostkach, wiemy jakie straty może nam potencjalnie zadać atak i ostrzał wroga…  Po prostu na chłodno możemy przekalkulować proces kierujący rozgrywką, co pozwala nam na realizowanie dokładnego i radosnego planu. Oczywiście losowość w WH40k w skali mikro również występuje! A to bohater nie zda Save’a, a to pojazd wybuchnie w pierwszej turze „bo miał pecha”.  Ale trzon systemu oparty na składach już nie daje się tak łatwo rozpruć z powodu jednego pechowego rzutu (inaczej niż w smutnym WFB, ale to inna historia). Czy więc Warhammer i inne systemy dużego formatu są  taktycznie bardziej dojrzałe od gier skirmishowych? I tak, i nie – zdecydowanie zwiększona ilość rzutów kośćmi pozwala na zmitygowanie wpływu szczęścia i pecha na przebieg rozgrywki gdyż jej ostateczny wynik raczej rzadko będzie zależeć od pojedynczego rzutu. Z drugiej strony gry skirmishowe nadrabiają te braki poprzez wzmożoną ilość  detali wpływających na kalkulację ryzyka – modele mają więcej umiejętności, ekwipunku, unikatowych tylko dla nich zabawek, które dobrze wykorzystane przechylają skalę ryzyka na naszą korzyść. Co nie zmienia jednak faktu, że i tak pechowy rzut w krytycznej sytuacji może nam wszystko popsuć.  Warhammer 40k jest w dużej mierze odporniejszy na tę chorobę.

Jeżeli jednak jesteśmy przy temacie o wyższości ilości nad jakością, przejdźmy do tego, co naprawie miał na myśli imć Stalin. Bycie elitarnym w grach figurkowych to ciężka  sprawa, gdyż ilość zawsze ma lepiej. Dlatego orkowie czy imperialna gwardia są uważane za armie, które wybaczają sporo błędów, a tacy eldarowie cieszą się sława armii piekielnie trudnej w graniu. Co z tego że  Latarka gwardzisty jest smutna i słaba jak cienki barszczyk, skoro na polu bitwy jest ich co najmniej dziabadziesiąt! Znowu statystyka jest bezlitosna – co z tego, że pięć melt z łatwością zrani i rozerwie pancerz przeciętnego marynata, jeżeli 30 latarek na Rapid Fire zrobi to samo? A jest ich więcej i są tańsi? Co z tego, że piątka spadających z niebios Vanguardów potrafi wklepać w walce wręcz porządne obrażenia, jeżeli horda 30 chłopaków ma potencjał na wygrzanie komuś w twarz 120 (!) ataków? Tego nawet oddział termosów nie przeżyje. Ilość PWNED Jakość Ass big time. Naturalnie nie możemy olewać tych drogich i specjalistycznych zabawek ze względu na specyfikę gry – musimy mieć coś do rozpuknięcia wrażego pojazdu, przydałaby się jakaś szybka i mobilna jednostka do zajmowania znaczników, i tak dalej, i tym podobne, ale pamiętajmy, że z ilością zawsze masz przewagę. Och, zginęło mi 20 orków?  Chlip, jeszcze tylko setka biegnie w twoim kierunku stary!

Tak samo ma się sprawa w systemach małej skali, o dziwo! Tak, kiedy mój morderczy Charontyd biegnie w twoim kierunku możesz próbować go trzasnąć z rakietnicy w nadziei, że trafisz. Ale to jeden rzut. Jedna – Smutna – Kostka! Jak nie wyjdzie, to kapa! Ale jeżeli skombinujesz rozkaz czterem zwyklakom z Combi-Rifle’ami to będziesz do mnie strzelał osiem razy, a to oznacza znacznie większe szanse na trafienie i, co dość oczywiste, znacznie większe szanse na zadanie obrażeń. Dlaczego ludzie wolą  HMG od Boarding Shotguna na jednostkach spadających? Owszem, jest mocniejszy, ale prawda jest taka, że liczy się ilość kości które rzucamy, bo to własnie ilość dramatycznie podnosi nasze szanse na bycie śmiercionośnym. Każda dodatkowa kość którą dorzucamy do testu jest zwyczajnie bezcenna i godna szacunku.

Ogólnie zasada Liczebność > Jakość jest niezmienna dla każdej gry. Co z tego, że twój Tygrys Królewski to potwór o chorej sile ognia, jakiś szalonych weterańskich skillach i niewyobrażalnym pancerzu, jeżeli za jego koszt mam batalion Shermanów, które twojego Tygryska otoczą trzy razy, stratują ci pole kapusty i wypiją całe zbiory cennego wina z piwniczki? Co z tego, że twój mega-ultra-heros zagłady kosztował cię  300 punktów, jak za ten koszt mam dość orków, by twój wielki hirołs nie miał czym oddychać pod ich masą (Czytajcie raport ze styczniowego White Dwarfa, gdzie gość przecenił siłę  Samaela na BFG Jetbike’u i został brutalnie zgwałcony przez mob orkowych chopaków wyskakujących z Trukka). Jakie ma znaczenie to, że twój potężny Charontyd do mnie biegnie jak chapnie teraz pełen zestaw kulek z mojego koordynowanego rozkazu? W skrócie: nie ważne jak wielkiego i strasznego masz pudziana, jeżeli bowiem zmuszę go do zdawania stu testów pancerza na minutę, to prędzej czy później ci nie wyjdzie i truchło padnie jak należy. Podsumowanie? Nie dajcie się zwieść na coś dlatego, że jest Shiny, Choco i Jazzy. Lepiej dokupcie kolejnego Marines’a do składu!

~ PS: A odnośnie Marinesów, są oni dobrym przykładem zwieńczającym dzisiejszy długawy wpis. Armia ta jest sztandarową armią systemu WH40k, co mnie nieco dziwi i lekko zasmuca. Nie, żebym ich nie lubił – mają klimat, ale są armią wbrew pozorom dość trudną w graniu! Są armią elitarną, gdzie nie możemy stawiać na ilość ale na jakość, co zmusza nas do perfekcyjnego wykorzystania każdej jednostki! Smutne zaś jest to, że cały ten SM’owy Hype powoduje, że kupują ich dzieciaki które nie umieją grać, i szybko wpadają we frustrację kiedy widzą, że ci Kosmiczni Marines nie wygrywają sami rozgrywek! Młodym zawsze bardziej polecam Orków  lub Gwardię, ci bowiem (szczególnie pierwsi) wybaczą wszystko co z nimi zrobisz xD Ilość wyrówna szanse!

30
List
09

Pieśń Mroczna a Kulawa!

I był czas złocisty, pyszny i bogaty,
kiedy firma Games Workshop nie baczyła na straty.
Kiedy nowości piękne zgrzebnie wydawali,
a swoim wiernym fanom miłość okazywali!
Było to jednak w czasach zapomnianych,
w pieśniach już jedynie smętnych opiewanych!

Teraz na tronie z plastiku drogiego,
nie ujrzycie światłości hobby szlachetnego!
Teraz w siedzibie Genialnego Wydawcy,
zamieszkują już  tylko bezduszni oprawcy!
Którzy bez wstydu żadnego ni drżenia,
obdzierają gry piękne z pysznego ich mienia!

I gwałcą ohydnie światy nam znane,
byle by ich kiesy były szmalem napchane!
I stworzyli przeto Demonów złą księgę,
by złamać całkowicie balansu potęgę!
I runął ów balans w czeluści, odmęty
A graczy powiązano w Codex Creepa pęty!

I pomstowali gracze jak świat był szeroki!
Lecz w siedzibie GW ze śmiechu rwano boki,
wiedzieli oni bowiem, że modeli ich gama
całe hordy graczy zniewoliła sama!

I tak oto poczęły obumierać systemy małe,
Ginąc w mrokach dziejów, zapomniane całe,
Odeszły w niebyt i kosmiczne floty i bandy najemne,
Byle by firmy dochody nie były ujemne!

Cios zaś pierwszy, potężny, spadł na świat fantastów,
A wiele było złych wieści orędowników i piastów,
Gdy nowe Wampiry światło dzienne ujrzały,
ale nawet ich sił zabrakło, gdy Demony powstały!
Od teraz WFB balansu już nie zna, a każda nowa księga,
to dla fanów mordęga…

Cios zaś  za ciosem świat bolterów przyjmuje,
Jednak wciąż nieulękle i dziarsko z pyłu się otrzepuje!
Wciąż walczy i odpycha macki wydawcy swego,
Który od dawna już  nie zgotował niczego dobrego.
Który ciągle próbuje przegiętości tworzyć,
trudno pozostać  obojętnym, trudno się nie srożyć!

Pomnijcie moje słowa, zaślepieni i wierni,
Wszystko w pył się obróci, jeśli będziecie bierni,
Tak długo jak swej bezkarności GW jest zaś pewne,
tak długo nowe produkty i kodeksy będą plewne!

I nic wam nie zostanie moi mili słuchacze,
Jak tylko gorzkie żale i całonocne płacze!
I albo rozejdziecie się w cztery świata strony,
ale rozpoczniecie… zbierać, Pokemony!

24
List
09

Codex: Nerds

Najnowsze plotki wreszcie do nas dotarły! Pamiętacie wielki tumult, jaki przeszedł przed wahameriańską społeczność, kiedy Genialny Wydawca (Our… Precioussss!) potwierdził, że pracuje nad  całkiem świeżutkimi rasami do obu swoich flagowych systemów? Ploteczkom nie było końca! Jedni podejrzewali powrów Sqau… ekhem, Demiurgów. Inni obstawiali Adeptus Mechanicus. Ci z bardziej wybujałą  wyobraźnią kombinowali z ludźmi z Interrexu (to oni jeszcze istnieją?), czy jakiś tam Hrudów (Skaveny w Kosmosie – przy. zawsze usłużny autor). Ale nie! Games Workshop już dawno pokazało wszystkim księżyc w pełni (czyt. dupę), i ciągle kontynuuje wypinanie się na swoich „wiernych fanów”, którzy jak pelikany przełykają szlachetne istnienie „codex creepu”, czekają z wytchnieniem na nowych, wygrywających na 2+ z przerzutem Tyranidów, już zapomnieli i przyzwyczaili się do plastików droższych od metali i ogólnie zlali to, że rok 2010 ma mieć trzy kodeksy dla Kosmicznych Kurna  Marines. GW widząc, iż wszystko mogą, postanowili wydać Codex: Nerds, w którym gracze walczą hordami zaślepionych fanatyków!

Całkiem sporo już wiadomo na temat nowego kodeksu. Po pierwsze, niezależnie od kraju w którym będzie kodeks sprzedawany, będzie on w języku perskim bez możliwości tłumaczenia – ten manewr ma dodać nowy poziom niezrozumienia zasad  do nowej linii kodeksów! Oprócz tego, pomiędzy nowymi zasadami całkiem losowo dodawany będzie jakiś bełkot, by skonfudować graczy jeszcze odrobinkę! Te zasady, które będzie można odczytać, będą tak zapisane, by były maksymalnie niejasne i generowały żywe dysputy pośród graczy. Dobrym przykładem jest umiejętność Nerdgasm o zapisie: At the beginning of a step, you may run D6 inches. You may fire heavy weapon after you activated nerdgasm. You receive +5 fuck save. Models with blue shorts cannot use nerdgasm. Jak widać, możliwości jest wiele i to dla każdego! Kiedy można aktywować Nerdgasm?  Co to kurde jest Fuck Save, i czy bronie zdejmujące Covera na to działają? Czy jego szorty są niebieskie czy zaledwie błękitne w odcieniu paryskim? Jakby tego było mało, kodeks będzie kosztował zawsze o kilka groszy więcej, niż aktualnie masz w portfelu!

Najfajniejszym dodatkiem do Codex: Nerds jest to, że ma on w sobie kilka pustych stron na wprowadzenie „errat i klaryfikacji” jakie ci odpowiadają! Jeżeli więc przeciwnik cię wkurza, to błyskawicznie wpisujesz odpowiednią zasadę, et voila! Jest w kodeksie? Jest! No, to obowiązuje! Zadowoli to z pewnością każdego smutasa, który tak bardzo kocha wygrywać. Nie, żeby to tak naprawdę było potrzebne, gdyż nowy kodeks kontynuuje, ba, podwyższa poprzeczkę tradycji zwanej Codex Creepem! Jako troopsy, mamy standardowych „Newbiesów” o statystykach marines’a i bez żadnego pancerza. Gdzie przegięcie? Kosztują punkt za sztukę! Są  Fearless (jako że  się uczą, i nie boją  się żadnych głupich pytań!), Relentless (Wiadomo… Nieustępliwi!) no i naturalnie Stubborn (W końcu można pytać o jedną  rzecz sto razy dziennie!). Uzbrojeni są w miarki z Tesco (24″ zasięgu, AP1 – kto się przeciął taką miarką, ten wie dlaczego!). Jak widać to bardzo groźny przeciwnik, na dodatek z łatwością  wystawiany masowo. Jednak Newby nie mogły wejść do walki bez światłego przywódctwa – Stary Weteran to genericowy wybór HQ. Staty ma jakie chce – w końcu to stary wyga, jeżeli mówi że ma 10 siły to kto się z nim będzie kłócił? Na tej samej zasadzie jego broń działa jak mu się żywnie podoba, a jego zasada „I make the rules” mówi sama za siebie. Bardzo mocny, i relatywnie tani – tak, zgadliście: kosztuje tyle punktów, ile chce! W Elitach mamy namiastkę Starego Weterana a mianowicie Powergamerów, coś w rodzaju Obliteratorów na pełnym dopasie. Wiecie, fluff za nimi stojący mówi, że taki Powergamer zawsze weźmie ze  sobą najmocniejszy sprzęt na pole bitwy. Tak to mniej więcej wygląda, bo choć  nie mogą tworzyć zasad tak jak wybór HQ, to ich giwery zawsze mają dostatecznie mocne staty,  by ranić cel na 2+, przebijać jego pancerz  i w ogóle, rozpierduchę czynić. Ich wadą jest solidny drawback w postaci zdolności „And they shall not understand” – przeciwnik może zakrzyknąć, że jest klimaciarzem, a wtedy oddział Powergamerów musi stać w miejscu. Są bowiem porażeni, że ktoś może grać w tę grę nie dążąc tylko do krwawej i szybkiej wygranej!

Poza Powergamerami mamy w elitach możliwość wystawienia No-Life’ów, doskonałych infiltratorów – oni bowiem nigdy nie opuszczają pola bitwy, ciągle przesiadując w sklepach dla figurkowych maniaków! Nie są może  bardzo niebezpieczni, ale i tak zaskakują graczy na całym globie swoją wytrwałością i możliwością kreowania dodatkowego czasu w dobie. W tym slocie  mamy jeszcze unikalne solosy w stylu Lone Wolfów, a mianowicie UltraProWyjebZordon Painterów! Goście nie mają żadnego potencjału bojowego, ale nie można ich atakować i do nich strzelać, gdyż są tacy super fajni i pro! Za to ich siła rośnie, jeżeli walczą z niepomalowanymi modelami, więc lepiej uważajcie.  Fast Attack ma kilka unikalnych modeli, jak chociażby Fastdice, który daje ci umiejętność rzucenia kością, natychmiastowego podniesienia jej ze stołu zanim ktokolwiek ujrzy wynik, i wymyślenia sobie pasującego wyniku!  Oddział Fastdice’ów to bardzo mobilna jednostka, szybsza o 50% od  najszybszej jednostki wroga. Lotnicy Turniejowy za to nie biorą udziału w walce, gdyż są gdzie indziej,  prawdopodobnie na turnieju na drugim końcu kraju. Ale spoko,  wygrają go dla ciebie, więc należy się raczej cieszyć! Heavy Support straszy klasycznym FatCheetosNerdem (FCN!), ogromnym i wytrzymałym pochłaniaczem cheetosów, który z łatwością  przyjmie Land Ridera na klatę i zje jego cheetosy.  Prawdę mówiąc, żadne snacki i przegryzki, żadna Cola czy Sprite się nie uchronią. Takie życie, ale co począć!

Oczywiście są pierwsze głosy na to, że Nerdzi nie będą wcale przegięci, że to tylko zbiorowa panika i narzekanie. Ach, no i że Codex Creep  nie istnieje i że trzeba się nauczyć grać! Przecież to, że Nerdzi wygrywają na 2+ z przerzutem nie wyklucza szansy wyrzucenia dwóch jedynek pod rząd! Dobry gracz dałby radę, słaby  i tak przegra, noob jeden. Och, przy okazji nowych ploteczek,  wiadomo już, że 2011 też  będzie rokiem marinesów! Tyle że z rogami, bo będą wychodziły kodeksy legionów poszczególnych.  W 2012 Warhammer 40k ma oficjalnie zmienić nazwę na Space Marines & Co.

No, to tyle z ostatnich nowinek! Trzymka!

10
List
09

For Tau to prosper!

TauEmpire

Minęło już trochę czasu a piąta edycja pokryła graczy niczym kojący pled. Nikt nie pamięta już zawołań flagellantów o nadchodzącej apokalipsie ani też okrzyków hurraoptymistów o Ostateczną Naprawę Wszystkich Błędów Games Workshop™. Piąta edycja przestała być świeża i rozsiadła się pośród  graczy jak starożytna matrona w taki sposób, że już nikt nie zwraca na nią uwagę, jakby od zawsze tu była. Minęło też  dostatecznie dużo czasu by móc bez przekłamań powiedzieć które frakcje poczuły na plecach karzącą rękę niesprawiedliwości znany przez MMORPG’owców „Nefr Batem”, a które czują się jak ryba w wodze w środowisku piąteczki. Jedną z ras która poczuła lekki zastrzyk wigoru ale też trochę zawodu jest właśnie Tau, a którym chciałbym nieco dziś poskrobać.

Tau nigdy nie byli rasą, która mnie pociągała pod względem gry. Malowanie ich to czysta przyjemność – proste, kanciaste bryły, prawie żadnych organicznych elementów, tylko pancerze, zbroje, broń, czysta feeria syntetyków! Pod względem klimatu zawsze patrzyłem na nich przez kliszkę „rasa zrobiona, by przyciągnąć fanów mangi/anime”, co jest dość nie fair wobec tej rasy, gdyż mówią szczerze wcale tej atmosfery w sobie nie zawierają (jeżeli chcemy przykładów mangowych frakcji w grach figurkowych, to powinniśmy sięgnąć po Infinity!). Ich historia jest prosta, krótka ale całkiem ciekawa – ot, rasa na ciągłym kofeinowym boomie, która wszystko robi szybciej i szybciej, gdyż ich długość życia jest krótka a nawet krótsza! Błyskawicznie rozwinęli zaawansowaną technologię bojową z której słyną, i która jest ich etykietką w bitewniaku.

Tak tak, każdy wie, że Tau to ci goście od wielkich spluw. Piąta edycja to nie nowy kodeks, i w tej dziedzinie niczego nie zmieniła – Tau nadal dominują w walce dystansowej i są absolutnie żałośni w starciach na pięści. Zmiany jakie wprowadziła piąta edycja lekko popsuły klasyczne zagrywki Tau, jak chociażby osławiony Fish of Fury! Teraz antygrawy zasłaniają widok jak każdy inny pojazd, więc taktyka ta musiała ulec zmianie i tak naprawdę nic nie pozostało z jej pierwotnej formy – aktualnie polega to jedynie na dodaniu agresywnego poziomu mobilności do oddziału wojowników ognia. Dalej, wszędobylska osłona zdecydowanie boli armię, która całkowicie opiera się na wycięciu przeciwnika ogniem z giwer wszelkiej maści – teraz nawet wielka spluwa nie gwarantuje zniszczenia celu, bo ten cel będzie miał rzut za osłonę. Wymusiło to na graczach Tau częstsze zabieranie na wojenny piknik Markerlightów, by radośnie podświetlać cel z okrzykiem „A ku ku!”. Poprawiona wytrzymałość pojazdów też nie sprzyja Tau – rykoszet już nie wysadzi pojazdu, niestety – ale ci i tak nie mają  na co narzekać, gdyż ich Railguny bez zbędnych ceregieli nieustannie mają dość mocy, by obrócić w pył dowolny pojazd w grze.

Z pozytywów, nie można się już konsolidować w nową walkę wręcz! Jest to duży bonus dla gunline’a Tau, którzy potrafili nieraz zwinąć się jak dywanik pod naporem teleportujących się terminatorów Chaosu, dla przykładu. Taki numer teraz nie przejdzie ku uciesze Tau, którzy bez strachu mogą ustawiać swoje ogniowe linie. Naturalnie, nie jest tak lekko – zdolność wychodzenia z flank nieco ogranicza strefę bezpiecznego rozstawienia, ale szparogłowi też garściami czerpią z tej możliwości dzięki posiadaniu niezłej ilości jednostek ze zdolnościami zwiadowców czy infiltracją. Devilfish z Pathfinderami to niezła  i szybka jednostka do zdobywania znaczników, która może nawet skutecznie rozwalać  pojazdy od kiedy mają możliwość wyjeżdżania z flanki: Rail Rifle ma tę siłę  6, a jest to wystarczający potencjał do bezstresowego rozłożenia większości pojazdów w grze kiedy pakujemy w tylni pancerz. Dalej, True Line of Sight ma swoje zalety dla frakcji, która polega na ciągłym ostrzale – co prawda przeciwnik zawsze będzie miał osłonę, ale przynajmniej nie ukryje się przed naszymi pociskami w myśl TloS’a

Crisis Battlesuity zawsze były popularne, ale teraz zyskały dodatkowy sexy factor ze względu na to, że są złożoną jednostką o modelach z większą ilością ran, a to otwiera drzwi do wielce radosnego WAC-Abuse w stylu starych, dobrych i zielonych burszuji! Niestety, Crisisów można mieć tylko trzech w oddziale (plus ewentualne drony) co nie pozwala na prowadzenie przegięć w stylu zielonych, ale jest to wciąż miły dodatek – kiedy skroimy każdego Crisisa na inną modłę, to przeciwnik musi im wklepać trzy rany zanim zmusi nas do zdjęcia pojedynczego modelu, and that is, my friends, is pretty sexy!

Ogółem, kiedy widzę pomykających na polach bitew Tau, muszę powiedzieć, że przetrwali wicher zmian piątej edycji praktycznie nietknięci w sensie ogólnym. Oczywiście, kilka rzeczy się zmieniło, to na lepsze, to na gorsze. Zapomniane jednostki wróciły do gry, nowe warianty uzbrojenia widzą aktualną walkę, świeże zasady dodają łychę nowych możliwości dla zwietrzałych oddziałów. Wszystkie nowe plusy i minusy wyrównują się jednak pięknie i pozostawiają Tau w stanie niezmienionym, choć korzystającym z odświeżonego asortymentu zagrywek i kombinacji. No po prostu mieli szczęście, w przeciwieństwie do smutnych i pordzewiałych Nekronów, którym się  solidnie dostało…

Ale to już temat na osobny wpis!
Niech Railgun będzie z wami bracia i siostry.

08
List
09

Wieczorek z Kharnem: W przyszłości walczą młotkami…

wieczorekProwadzący Ojciec Dyrektor: Witam was gorąco drodzy słuchacze w naszym błogosławionym przez samego Omnisjasza studio, gdzie gościmy gwiazdę niezliczonych pól bitewnych, wielkiego miłośnika przelewania krwi i wiernego kultystę Khorna…

Kharn: Krew dla Boga Krwi!

P.O.D: Tak właśnie, dla niego również. Kharn zaszczycił nas swoją obecnością by podzielić się z nami swoimi doświadczeniami z najkrwawszych walk prowadzonych w calutkiej galaktyce. Nie musicie się obawiać, drodzy widzowie. Jego wierny chainaxe jest pozbawiony paliwka, jego sławna giwera nie ma w sobie magazynku a on sam przed wejściem do studia łyknął kilka kilogramów uspokajających ziółek. Dlatego też ograniczył się jedynie do własnoręcznego wyprucia flaków zaledwie dwóm operatorom kamery! I obiecał, że na chwilę go to uspokoi, nieprawdaż?

Kharn: Absolutnie. Jestem oazą spokoju. Tak. Właśnie. Krew dla Boga KRWI!

P.O.D: Powiedz nam, Zdrajco, czy nie uważasz za nieco ironiczny fakt, iż w czterdziestym pierwszym millenium najpotężniejszą bronią dostępną pojedynczemu żołnierzowi jest młotek? Sam z  lubością korzystasz z broni białej…

Kharn: Czerwonej. Wybacz, że przerywam, ale to ważne. Moja broń zawsze jest czerwona od krwi przeciwników.

P.O.D: I przyjaciół…

Kharn: No, czasem ich również, jak nie mam pod ręką wrogów.

P.O.D: W każdym bądź razie, sam przyznasz, iż Młot Energetyczny to potężna i straszliwa broń. Praktycznie podwaja siłę uderzeniową użytkownika, z łatwością miażdży nawet najtwardszy pancerz a wyładowania energetyczne totalnie rozpieprzają zaawansowane systemy i naturalnie ogłuszają przeciwnika, który jakimś cudem przeżył trafienie.

Kharn: Ha! Młotki to małe piwo jest panie prowadzący! Młotek owszem, silna rzecz, ale dopiero kiedy w drugiej ręce trzymasz ogromną, ciężka i od członka krwiopuszcza potężną tarczę, którą możesz odbić nawet bezpośrednie trafienie z uzbrojenia tytana! A dajmy taki młotek i taką tarczę cholernemu lojaliście zamkniętemu w tych cholernych taktycznych zbrojach drednota…

P.O.D: Taktytcza zbroja drednota? Cóż to, na cycki serafimek, jest za wymysł!?

Kharn: Pff, dzisiejsza młodzież. Za moich czasów tak wołano na tę nowinkę zwanom teraz pancerzem Terminatora. Wie pan, twarde w cholerę, dostosowane do wytrzymania nawet eksplozji reaktorów rzeczonego wcześniej tytana. Jakby sam pancerz był zbyt kruchy, to jeszcze teraz muszą nosić ze sobą te deski, które czynią ich praktycznie nieśmiertelnymi.

P.O.D: Ach, no oczywiście! Terminatorzy Szturmowi w konfiguracji Storm Shield / Thunder Hammer (SS/TH)! Najpotężniejsza broń świętego Imperatora. Naturalnie, jest to nowa kombinacja uzbrojenia, dopiero niedawno odkryta przez agentów Mechanicum. Kiedy tylko terminatorzy SS/TH pojawili się na polach bitew, w całym kosmosie słyszeliśmy satysfakcjonujące jęki naszych wrogów. Zdrajców…

Kharn: Ekhem!

P.O.D: … I cholernych xenos! Tak tak, po twojej minie widzę już, że i wy, czciciele mrocznych potęg nie darzycie naszych nowych czempionów pozytywnymi uczuciami. Ha, zielonoskórzy też się nie weselili – myśleli, że jak wsadzą swoich burszuji na motocykle, to już cała sława i chwała ich, a tu figa z makiem.

Kharn: Dziwicie się? Koszt takiego Terminatora jest żałośnie niski, ba, terminatorzy uzbrojeni w piąsteczki i boltery trafili na bezrobocie. Całymi dniami polerują pancerze i jedyne co robią, to biorą udział w paradach i wyrywają siostrzyczki zakonne. Kapitanowe kosmicznych marines całkiem słusznie uznali, że już do niczego się nie nadają, skoro lepiej wystawić do walki swoich niezniszczalnych szturmiarzy, prawda? Jakby tego było mało,  naturalnym dodatkiem do oddziału tych twardzieli jest Land Rider – zapewnia im mobilność, bezpieczeństwo, wsparcie ogniowe, a co najgorsze, ci dranie potrafią szarżować wprost z wnętrza transportera! Wrogowie mają totalnie przesrane – nawet jeżeli posiadają siły dostateczne do poradzenia sobie z samymi terminatorami, to najpierw muszą ich wyłuskać z Land Ridera. A przeważnie zanim tego dokonają, to młotki już przerobiły kogoś na krwawą… krwawą… krew dla Boga Krwi! Uf, no, na krwawą miazgę.

P.O.D: Słuszna racja panie Kharnie. A jakby tego było mało, to kapelani zakuci w terminatorkę strasznie lubią z nimi biegać ramię w ramię, co dodaje jeszcze więcej grozy całemu oddziałowi. A dzięki wariantowi „Crusader” Land Rider’a, wciąż są w stanie się do niego zmieścić!

Kharn: Tak, to jest naprawdę niegodna kombinacja, marzenie każdego dowódcy, który pragnie tylko i wyłącznie wygrywać. A wie pan, czemu terminatorzy szturmowi są tacy potężni?

P.O.D: No jak to czemu? Statystyki weterana kosmicznych marines, dwa zabójcze ataki każdy, pancerz 2+ i ochrona specjalna od tarczy 3+… Są w stanie zniszczyć każdy cel na polu bitwy, od najlichszego orkowego chłopaka, poprzez demonicznego księcia aż do monolitu nekronów! Po prostu nie ma w grze oddziału, przez który się nie przebiją ze swoją siłą i niesamowitą odpornością na wszelaki rodzaj obrażeń.

Kharn: Oczywiście wszystko to prawda, ale nie do końca. Ich największa siła tkwi w tym,  że cały ten asortyment nic ich nie kosztuje. Terminator szturmowy z młotem i tarczą kosztuje tyle samo, co zwykły, podstawowy terminator z bolterem i piąsteczką! Trudno się dziwić, że ci drudzy ostatnio coraz częściej wspominają o urlopach i emeryturach, prawda? Są paskudni. Są wytrzymali. Są w każdej szanującej się formacji kosmicznych marines. Jak Sternguardzi…

P.O.D: Ale oni będą oddzielnym tematem! Panie Kharn, walnę prosto z mostu. Jest pan mordercą, rzeźnikiem i profesjonalnym rozlewaczem krwi. Niech pan powie, co by pan zrobił jako dowódca, gdyby pan spotkał oddział młotkowców na swojej drodze? Jakaś specjalna taktyka? Sztuczka? Może dedykowana jednostka?  No, niech nam pan coś, he he, zdradzi!

Kharn <wybucha śmiechem>: Doskonałe, doskonałe! Ale cóż, problem z młociarzami polega na tym, że są stworzeni do szybkiego gwałcenia elitarnych jednostek. Co z tego, że masz broń energetyczną, jeżeli różnica w defensywie jest niewielka? Lepiej ogólnie postawić na ilość, a nie na jakość.  Ba, powiedziałbym nawet, że nasze elitarne oddziały powinny szerokim łukiem omijać kowali! Po co rzucać na śmierć doborową jednostkę, jeżeli słabszy oddział osiąga podobną skuteczność walki z młotkowymi? Całkiem obiektywnie poleciłbym użyć starych i dobrych berserkerów Pana Krwi by zalać oddział młotkowców wiadrem szybkich ataków!

P.O.D: Czy to jedyna droga?

Kharn: Niestety tak. Podwójnie wysoki pancerz całkowicie neguje użycie mocniejszej, acz mniej liczniejszej broni. Terminatorów szturmowych nigdy nie jest za wiele i pomimo ogromnej wytrzymałości nawet oni nie powstrzymają setek lecących pocisków – ręka się  omsknie, tarcza opadnie i blam! Dostanie w oko. Dlatego z terminatorami szturmowymi tak dobrze radzą sobie zielonoskórzy jak i gwardziści! Obie frakcje posiadają Ilość przez duże I. Z łatwością zalewają młotkowych zmuszając ich do nadmiernego testowania swojej odporności. Zielonoskórzy muszą  być jednak nieco bardziej, cóż, sprytni – nie za bardzo radzą sobie z otwieraniem Land Ridera, a wiadomym jest, że celem młociarzy będą najdroższe i najbardziej elitarne formacje zielonoskórych – te powinny omijać kowali z daleka i pozwolić, by czysta masa chłopaków się nimi zajęła. Wie pan, trzydziestu zielonoskórych to ponad 100 całkiem wściekłych ciosów! Imperialna Gwardia ma za to łatwo, aż żal tyłek ściska, że stoją po tej samej stronie – Vendetta, Vanquisher, rzeczy zaczynające się na V… wszystko to ze względną łatwością otworzy puszeczkę zwaną Land Riderem i wystawi młociarzy na prawdziwe disco imperialnych latarek!

P.O.D: A co z armiami, które nie mają ilości? Które polegają bardziej na wyszkolonej i specjalizowanej elicie?

Kharn: Mają przerąbane, ot co <mruga oczkiem>. Ci pokrętni eldarowie dla przykładu radzić sobie muszą jak mogą – posyłanie Herlaków do walki nie jest wcale takie głupie. Są szybsi, mają sporo ataków, trafiają doskonale i solidnie ignorują podstawowy pancerz termosów. Ale niestety, muszą mieć  sporo farta by przemielić cały ich oddział, a już w zupełnością nie wiedzą co począć z Land Riderem – szczęśliwie dla nich, Eldarowie nie mają większych problemów z wrażymi pojazdami pancernymi. Kiedy termosy zostaną już wyłuskane, trzy war walkery dozbrojone w zestaw scatter laserów też powinien zrobić  robotę, oczywiście ze wsparciem proroka –  Zagłada nie jest obowiązkowa, ale już przewodnictwo jak najbardziej, co by kuraki trafiały. Jak widać, taktyka ogółem taka sama – zalać młotkowych tak, by czysta liczba zdawanych testów na pancerz wymusiła statystykę, w której będą  ginąć! Tak radzą sobie chociażby goście od Tau – rozwalanie pojazdów  to dla nich pierdnięcie, a młociarze na piechotę są za wolni, by przetrwać skomasowany atak tej mocnej i dalekosiężnej broni Tau. Jeżeli jednak ci obawiają się, że za wolno ich wybijają (w końcu na polu bitwy jest masa innych, nie mniej ważnych celów), to zawsze mogą intensywnie spróbować przygwoździć  oddział. Mobilność i siła ognia jest kluczem do sukcesu – nie dają się złapać i nieustannie bombardują kowali ogniem swoich giwerek. Necroni za to mogą się jedynie modlić i czekać, aż ich bóg wysłucha. Całkiem dosłownie: Nightbringer jest jedynym draniem,  który bez większego stresu może skutecznie eliminować młotodzierżących terminatorów. W ostateczności mogą przynajmniej powstrzymać,  spowolnić ich napór  rzucając do walki skarabeusze – małe, słabe acz dostatecznie denerwujące.

P.O.D: Zaczyna się nam wyłaniać pewien obraz ogólny, nieprawdaż? Albo upewnij się, że czysta statystyka zagwarantuje ci wiktorię albo spowolnij młociarzy na tyle  długo, by nie zdążyli zbyt wiele namieszać. W takim wypadku niezłymi opcjami mogą  się pochwalić demoniszcza – posiadają bowiem obie możliwości: demonetki i przyjaciele Slaneesha (Friends of Slaanesh, hy hy!) mają dość prędkości i zaciekłości, by zadać  im poważne straty, a horrory Tzeentcha bez wyjątku posiadają potężną  magiczną aurę, gwarantującą im niezłą wytrzymałość. Są na dodatek odpowiednio nieustraszeni, co przy odrobinie szczęścia pozwoli zatrzymać kowali w miejscu nieco dłużej, niż kosmiczni marines by chcieli.

Kharn: Słuszna racja,  demony mają jeszcze ten plus, że nie przebijają się do rzeczywistości z całkiem znienacka! Mogą więc tak ustawić swoje siły, by w miarę bezpiecznie omijać młotodzierżców swoimi drogimi elitami lub by podstawić pod nich swoje mięcho. Szkoda, że to tylko tak pięknie brzmi! Wciąż trzeba się pozbyć Land Ridera, a jedynymi skutecznymi w tej dziedzinie skurczybykami są Wielkie Demony, które wcale nie chciałyby walczyć  z wysiadającymi terminatorami…

P.O.D: Zabawne, prawda? Większy demon czmychający przed młotkiem!

Kharn: To tylko obrazuje, w jakim dziwacznym uniwersum żyjemy.

P.O.D: Cóż,  czas naszego programu dobiega końca. Chciałbym podziękować Kharnowi, że zechciał… Przepraszam, czemu uruchamiasz swojego Chainaxe’a? Nie ma takiej… ARGHH! Arrrghhhaaggh!

<Scena przemocy wycięta przez Adeptus Censoricus! Za przerwę techniczną przepraszamy i uprzejmie prosimi o modły do ducha Maszyny!>

05
List
09

Kwestyja balansu!

mechanicum

W kwestii  balansu to jest tak, że albo go nie ma, albo też jest! Koniec wpisu. Czyż nie byłby to piękny wpis? Krótki, zwięzły i wszystko wyjaśnia, a i kłócić się z nim ciężko, normalnie same plusy. Niestety, nie jest to takie proste, tym bardziej, że po dłuższej przerwie ponownie czuję potrzebę użalania się, sarkania i wylania żółci – było nie było, od tego mamy internet, prawda? Wyjście nowych Wilczków, dominacja Demonów w WFB oraz wczytanie się w dziesiątki, słownie dziesiątki tematów o wdzięcznych tematach a la „Codex Creep – Shit is real!” czy też „Codex Creep?  Yeah, and Big Foot too!” wyrobiłem sobie pewną opinię oraz zdanie na ten temat. I wiecie co? Jest dość zaskakująca! Ba, jestem pewien, iż pierwsze zdanie nowego akapitu wprawi w lekkie osłupienie stałych czytelników, którzy wiedzą, że ma miłość do korporacji Games Workshop jest niczym obraz wyrysowany marną kredą na nierównym chodniku w deszczową noc.

Problemy z balansem w systemach Games Workshop są, ale – co dość ważne – nie są tak naprawdę ich winą! Tak tak, przeszło mi to przez gardło, ręka nawet nie zadrżała, gdy pisałem te słowa! Tę głęboką prawdę wszechświata odkryłem dzięki medytacji, suszonym liściom pewnego ziela (herbata – przyp. autor) oraz relaksacyjnym technikom masażu nerek. Widzicie, to, że każdy nowy kodeks oferuje nowe i potężne zabawki jest faktem – przeciwnicy całej idei zaszufladkowanej jako „Codex Creep” mogą sobie wrzeszczeć ile chcą, tym bardziej, że za ich pierwotnymi wrzaskami godowymi nie stoją żadne sensowne argumenty. „Wydają ci się mocne, bo grać nie umiesz” nie jest bowiem sensownym argumentem, lecz snobo-elytarnym tekstem snobo-elytarysty, którzy powinni zostać z tego szlachetnego hobby wystrzelani w jakimś  przyjemnym evencie na świeżym powietrzu. Bo widzicie, „zwolennicy” konceptu „Codex Creep” mają za sobą sporo argumentów. Porównań. Zestawień. Nawet Żmijowy Język mrugnąłby, gdyby musiał komuś powiedzieć, że przecież porównanie piętnastu w pełni wyposażonych szkieletów z armii Tomb Kings z dwunastoma Bloodletterami z nowego kodeksu demonów jeszcze niczego nie dowodzi! Co prawda kosztują tyle samo punktów, jedni nie mają nic i ssą Kiełbaskę i Dwa na Twardo, a drudzy to rzeźnicy wypchani specjalnymi umiejętnościami o mocarnych statach, ale to przecież nie dowodzi, że nowe kodeksy automatycznie są mocniejsze od starych, prawda?

Słowem, wciskanie sobie na siłę, że Codex Creep nie istnieje to jak chowanie koperty z Ostatecznym Wezwaniem do Zapłaty (która, według urzędników podatkowych, jest papierowym odpowiednikiem bomby nuklearnej) w nadziei, że wraz z kopertą zniknie sam problem. Mimo wszystko, naprawdę i bez sarkazmu czy nawet nutki ironii uważam, iż nie jest to tak naprawdę  wina Games Workshop.  A w każdym razie, nie jest to wina dlatego, iż nie jest to problem. Ok, wchodzę teraz na dość mętny teren, więc podążajcie moimi śladami, bo nie będzie łatwo, a nie chciałbym zgubić  tropu prawdy, którą chciałbym wam ukazać. Podchodźmy do zwierzyny powoli i od podstaw.  Wszyscy wiemy, że Games Workshop nie jest fundacją charytatywną – ma kilkadziesiąt sklepów do utrzymania, setki pracowników, którym czasem przydałoby się wypłacić jakieś pieniądze… A na dodatek dobrze by było, gdyby sama korporacja coś zarobiła, prawda? Jest to truizm i to kardynalny, który gładko pozwoli nam przyjąć drugi punkt na ścieżce do naszego zrozumienia. By produkt się sprzedawał, musi oferować klientom coś nowego, świeżego. Musi być lepszy od starszej wersji tego samego produktu. Kiedy kupujemy nowego Windowa zasłaniamy oczy, klikamy Enter i modlimy się, że tym razem nie zdetonuje nam twardego dysku, prawda? Tak samo jest z produktami Games Workshop – kto by kupił Enty z rzędu kodeks Kosmicznych Marines, gdyby nie oferowali nowych, lśniących blingiem zabawek? Gdyby nie gwarantowały nowych i radośnie potężnych umiejętności, które na pierwszy rzut oka wzbudzają głośnie „Wow!” i „Ożeszku…”? Games Workshop najpierw jest firmą, a potem dobrym kumplem. Ich plan marketingowy jest prosty w założeniach, skuteczny i przynoszący dochody, a to podstawa. Efektem ubocznym jest naturalnie powstawanie Codex Creepu…

Ale czy na pewno!? Nagły twist w akcji, kamera wariuje, sceneria się zmienia. Skonfundowani?  Najpierw czytacie, że oto jest Codex Creep, widoczny jak na dłoni i śmierdzi na kilometr. Czy więc nie uważacie, że panowie z GW również o nim wiedzą? Siedzą w swoich luksusowych i spowitych dymem z cygar pokojach, popijając sherry i brandy, dyskutując o zawładnie… o stworzeniu nowego, przegiętego kodeksu? Firma Games Workshop wbrew wszelkim pozorom nie składa się z idiotów – wiedzą, że tworzenie po prostu coraz potężniejszych kodeksów to spirala z której nie da się wydostać. Ale da się złagodzić zakręty, tak, by nie miotało. Pamiętacie raban dookoła nowego kodeksu Orków? Lamenty na całej sieci, że oto nadchodzi koniec świata, że przegięcie za przegięciem, że Burszuje na Motórach to apokalipsa na marnych kółkach i z ryczącymi silnikami. I co? I nic, świat nadal stoi i nie jest zielony. Pomimo snutych wizji końca czasów ludzie nadal grają w WH40k nie tylko orkami. Naturalnie, ilość „zielonych” wzrosła, bo czemu miałaby nie wzrosnąć, kiedy dostali nowe modele, nowy kodeks i świeże witalne siły? Games Workshop potrafi wydawać kodeksy, które na pierwszy rzut oka wydają się Uber-Przegiętością Millenium, ale w końcu okazują się po prostu dobrze skrojonym kawałkiem podręcznika, który oferuje graczom świeże podejście do ich ulubionych armii i całkiem solidnie wyrównuje poziom siły pomiędzy frakcjami. Dziś już nikt nie robi w portki na sam widok burszuji na motórach, aye?

Słowem, goście z GW całkiem nieźle wiedzą co robią – realizują swój marketing, nakręcają graczy a jednak starają się zachować jako taką przyzwoitość w swoich nowościach. Niestety, nie zawsze im to wychodzi. Porównanie Tomb Kingowych szkielasów  z Krwiopuszczami jest idealnym przykładem braku balansu, ale ów brak wziął się tam nie z powodu nagłej ślepoty twórców z GW, lecz z tego, że książka do Tomb King’sów jest o 6 lat starsza od nowego kodeksu do Demonów. Po prostu, sześć lat temu za te same punkty kupowała się zupełnie inne rzeczy – w tych mrocznych czasach posiadanie zdolności Fear coś jeszcze znaczyło! No dobra, ale przecież to wina GW, że dopuścili do sytuacji, kiedy jedna z frakcji w ich systemie ma już artretyczne stawy i woła o notariusza do spisania ostatniej woli, prawda? Prawda. I nieprawda zarazem, gdyż świat nie jest szachownicą, gdzie mamy wszystkie pola kwadratowe, jedne białe a drugie czarne. W teorii panowie z Games Workshop mogli by tak pracować, by wydawać odświeżone kodeksy w całkiem regularnych odstępach czasu tak, by każda armia zawsze była  relatywnie świeża. Bo czy nie śmieszna jest sytuacja, kiedy kodeks Mrocznych Eldarów jest już prawie pełnoletni, a w międzyczasie Kosmiczny Marines dorobili się całej półki własnych kodeksów? Jest śmieszna. I żałosna. I smutna. I nic nie można na to poradzić, bo znowu w życie wchodzi marketing – Kosmiczni Marines są flagą systemu i najbardziej popularną frakcją w grze, trudno się więc dziwić, że nieustannie są obdarzani atencją i uczuciem swoich twórców, prawda?

Zaraz, zaraz! Ale, powiedzmy, czy to nie jest błędne koło? Przecież równie dobrze mogliby wydać szalenie potężnych i pachnących świeżością Mrocznych Eldarów, którzy samą swoją potęgą zmusiło sporo graczy do nabycia ich drogą kupna, tak?  No pięknie, ale co mieliby począć ci gracze kosmicznymi marynatami (prawie 50% wszystkich graczy!), gdyby ich ukochana armia otrzymywała znacznie mniej uwagi na rzecz balansu pomiędzy wszystkimi frakcjami systemu? Czy ci, którzy stanowią największy rynek zbytu nie byli by lekko poirytowani? Może i nie – może by nawet spodobałaby im się wielka i światła idea zbalansowania rozgrywki poprzez wyrównanie wszystkich frakcji? Tyle, że ta idea nie spodobała by się marketingowcom z GW, bo tworzenie kodeksu do niszowej armii jest ryzykowne. Nieliczna grupa ludzi nie gwarantuje odpowiedniego przychodu a nikt nie gwarantuje, że ludziska masowo rzucą się na nową armię. Chyba, że będzie przegięta.  Ale tak naprawdę, naprawdę przegięta.  Panowie z GW uznali, że trzeba dokonać takiego eksperymentu.

I tak powstały Demony Chaosu do WFB. Kamień milowy przegiętości, najpotężniejszy argument w rękach popleczników istnienia Codex Creepu, kodeks oferujący maksymalny poziom przegięcia za minimalne koszty punktowe. Nikt, nikt w całej galaktyce nie stara się bronić księgi armii Demonów wiedząc, że nie ma co nawet próbować. Turniejowe Patche Balansujące dookoła  całego globu mają grube strony poświęcone próbie odopowiedniego stonowania pomiotów Osnowy, by te same nie wygrywały na polach bitew. Games Workshop wbrew pozorom może ów eksperyment uznać jedynie za częściowy sukces. Naturalnie, niesamowita siła nowej armii przyciągnęła do siebie szerzę powergamerów, którzy lubią wygrywać (kto nie lubi? – przyp. autor) i może nawet kilku graczy, którzy po prostu lubią klimat demonów. Brudnym zagraniem GW było wypuszczenie dwóch, słownie dwóch plastikowych pudełek do nowej armii, resztę pozostawiając w stylowym, drogim, eleganckim, drogim, wytrzymałym i drogim metalu. Pozbieranie armii demonów wymaga od gracza niemałego majątku a co najlepsze, wystarczyło panom z Games Workshop wydać zaledwie jedną książkę, by wywietrzyć magazyny ze starych, pokrytych kurzem modeli (jak metalowe horrory, plagubearersy, większe demony etc). Zysk do kwadratu to zdecydowany sukces! Gdyby nie fakt, że aktualnie na turniejach spotyka się trzy rodzaje graczy: tych od Demonów, tych od Wampirów i resztę, gdzie reszta jest zawsze mniej liczna niż dwie pierwsze grupy. Słowem, wypuszczanie zbyt potężnych armii powoduje, iż pozostałe frakcje stają się nagle znacznie mniej interesujące dla graczy, gorzej się sprzedają a co za tym idzie, generują mniejszy przychód, który panowie odbijają sobie na większej sprzedaży potężnych frakcji. Eksperyment wykazał więc, że tworzenie potężnych armii nie jest rozwiązaniem!

A więc jak to jest? Jest ten Balans, czy go nie ma?  Jest, ale daleko mu do ideału, gdyż idealny nie będzie nigdy – chyba, że GW wyda na raz, w tym samym dniu nowe kodeksy dla wszystkich frakcji jednocześnie, co byłoby dość  szalonym konceptem wiedząc, ile czasu zajmuje pełna produkcja świeżego kodeksu wraz z nowymi modelami. Nie dajmy się jednak zwariować, nie biegajmy po ulicach z tablicami głoszącymi koniec, bo on nie nadejdzie, a już na pewno nie z tej strony. I nie wpadajmy w panikę, bo chociaż Żuchwa Światowego Wilka jest w stanie łatwo i szybko rozprawić się z Karnifeksem, to jest zupełnie bezsilny wobec takich na przykład Genokradów, prawda?




Ćwierkanie!

  • Czemu nie było wczoraj wpisu? Bo pracuję nad czymś ekstra fajnym ;) No, i na weekend wyjezdzam do rodziny! 7 years ago
  • @nudge0nudge Only six tweets so far? Come on! You Can Do Better! I have faith In You! xD 7 years ago
  • Przeprowadzka zakończona spektakularnym sukcesem! Tesco 24h około trzysta kroków od wyjścia? Rozkosz! 7 years ago
Kwiecień 2017
Pon T Śr T Pt S S
« Lu    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Staty:

  • 66,099 Wejścia